Jak zawsze ostrzegam, że ze słownictwem się nie szczypię. Jest to swoistego rodzaju wstęp do kolejnego mojego tekstu. Nie wiem tylko, kiedy go dokończę. W każdym bądź razie - zapraszam.
Czarny sztormiak ciągnął się za spieszącym ulicą człowiekiem. Słabe światła w tej dzielnicy na niewiele spisywały się przy dobrej pogodzie, nie mówiąc już nic o obecnej ulewie. Głębokie do kostek dziury w chodniku w pełni wypełniły się wodą, a drogą płynęła mała rzeka. Przejeżdżające raz na jakiś czas samochody zalewały wszystko dookoła fontanną spod kół. W taką pogodę każdy kierowca miał serdecznie gdzieś przechodniów. Nawet wtedy, kiedy mogło się okazać, że to Twój własny szef. Mały Ford przemknął obok pieszego z dużą prędkością, zalewając jeszcze suche miejsca na jego ubraniu. Z wściekłością wypisaną na twarzy, człowiek spojrzał na oddalający się w ciemność samochód, dostrzegając ledwo widoczną już rejestrację.
-John, sukinsynie jeden, pomówię się z Tobą jutro w robocie… Będziesz zapierdalał z papierami ile wlezie, aż Ci bokiem wyjdą dwa razy. Pożałujesz…
Wspomniany John miał właśnie to nieszczęście trafić na własnego szefa.
Parę minut później, w czasie gdy kierowca wysiadał ze swojego samochodu, ktoś biegnąc uderzył barkiem przemokniętego szefa.
-Uważaj do cholery, bo…
Jedno spojrzenie w przesiąknięte bólem oczy tamtego człowieka, wystarczyły, aby uciszyć wszelkie roszczenia. Nie mówiąc nic, zniknął nagle w zaułku.
-Hej!
Szef Johna zawrócił, wyciągając w pośpiechu telefon komórkowy, skręcił za nieznajomym w boczną uliczkę, sądząc, że będzie potrzebować jakiejś pomocy. Rozległ się zagłuszony szumem ulewy dźwięk wybieranego numeru i sygnał łączenia. Z telefonem przy uchu, szef brnął w ciemność dróżki.
-Co do…
Telefon plasnął w stojącą wodę.
-Pogotowie, słucham.
-…
-Halo?
-…
-To nie jest numer na który się dzwoni robić wygłupy.
-…
-Halo?!
-…
Kobieta po drugiej stronie słuchawki rozłączyła się.
Nad ranem z zaułka wyszedł chudy, bardzo blady mężczyzna. Długie ciemne włosy były w nieładzie, podobnie jak i nie przycinany od dawna zarost. Niemalże biegiem udał się do pobliskiej rudery. Na chodniku zostawiał krwawe odciski poszarpanych butów, które po chwili spłukał deszcz. Parę minut później, pewna kobieta z krzykiem przerażenia ujrzała wnętrze bocznej dróżki. Jej mąż ze zgrozą wykręcił na komórce 112.
-Policja? Chciałem zgłosić morderstwo…
Żółta policyjna linia odgrodziła kawałek chodnika i zaułek od reszty świata. Paru mundurowych stanęła przed nią, blokując przejście tłumowi ciekawskich, żądnych krwi bestii – ludzi. Z wnętrza dobiegł jęk obrzydzenia i zalewanego wymiocinami śmietnika.
-Walt, co Ty do cholery robisz?! Wiem, że to do diabła Twoja pierwsza sprawa, ale kurwa, nie rzygaj na widok paru flaków! Będziesz widywał gorsze rzeczy!
-Wybacz, szefie… Po prostu mam… Słaby żołądek…
Zielonkawy młodzieniec w ciemnym, zabrudzonym płaszczu, wyszedł chwiejnie z zaułka, udając się do pobliskiego radiowozu. Starszy mężczyzna z niesmakiem spoglądał za odchodzącym.
-Żółtodzioby… - mruknął odwracając się.
Nad plamą krwi pochylona była kobieta w średnim wieku. W umazanych krwią rękawiczkach trzymała małą fiolkę pełną krwi. Dookoła niej paru innych, podobnie wyglądających ‘speców’ szukało części ciała zamordowanego. Jeff Honigham zbliżył się do pochylonej kobiety.
-Znaleźliście cokolwiek?
-Nie. Gość nazywał się Luke Baigun. Zwłoki, a raczej to, co z nich zostało, wyglądają tak, jakby ktoś je po prostu rozerwał na strzępy. Na rękach widać ślady głębokich cięć, jednak nie są one regularne. Brzuch musiał zostać rozpruty. Innego wyjścia nie widzę. Tam pod ścianą leży kawałek nerki, przynajmniej tak mi się wydaje w obecnych warunkach. Musiałabym sprawdzić wszystko dokładniej w laboratorium. Tutaj mogę podać jedynie swoje przypuszczenia.
-Więc jakie one są, pani Callto?
-Panno, jeśli łaska. Cóż. Wygląda to na pierwszy rzut oka jak atak zwierzęcia.
-Jakiego?
-Nie mam najmniejszego pojęcia obecnie. Na pewno duże, inaczej nie dałoby rady rozerwać ciała.
-A mógłby zrobić to człowiek?
-Oczywiście. Lub paru ludzi.
-Więc nie wyklucza pani tego, że to morderstwo?
-Czy zrobiło to zwierzę czy człowiek, to i tak i tak jest to morderstwo. Ale tak. Mógł to zrobić homo sapiens.
-Doskonale, czyli wracamy z powrotem do mojej dziedziny.
Jeff odwrócił się od laborantki. Spojrzał w wytrzeszczone oczy trupa.
„Ochyda…”
Po drugiej stronie zaułka błysnął flesz aparatu. Oznaczonym numerem 9 dowodem była komórka. W sekundę po tym, jak została sfotografowana, zaczęła dzwonić. Honigham podszedł szybko do niej, podniósł i odebrał.
-Nareszcie, tak się martwiłam…
-Przepraszam, ale z kim mówię?
-No jak to Luke, nie poznajesz swojej kizi-mizi?
-Pani jest żoną Luke’a Baiguna?
-Tak, ale kim do cholery pan jest?
-Nadinspektor Honigham. Pani mąż nie żyje.
-O Boże…
-Proszę pani?
-…
-Cholera, rozłączyła się.
Pod żółtą linią pojawił się ponownie Walt. Rozpięty płaszcz był już wytarty z wielokolorowości. Chwiejnym krokiem zbliżył się do szefa. Niebieskie oczy patrzyły już nieco przytomniej na otoczenie. Gdy Jeff go zauważył, rzucił mu komórkę.
-Łap, dowiedz się, kto widział go po raz ostatni.
-Tak jest. – wybełkotał w odpowiedzi.
Honigham siadł za kierownicą służbowego Audi. Nerwowo pociągał za krótko przyciętą bródkę. Spojrzał w lusterko, gdzie jedyne co zobaczył, to szare oczy i pobrużdżona zmarszczkami twarz. Od bycia stale ponurym, pojawiły mu się one przedwcześnie. Myśli kołatały się bez ładu i składu w jego głowie.
-To już cholera trzeci w tym tygodniu…

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz