Pokazywanie postów oznaczonych etykietą miłość. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą miłość. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 9 sierpnia 2009

Rozdział 1 część dalsza

Kathe szybkim krokiem przeszła przez przeszklone drzwi prowadzące do biurowca, w którym obecnie pracowała. Strażnik przy bramkach uśmiechnął się sympatycznie, jak tylko ją zobaczył. Nie czekając nawet na pokazanie identyfikatora, zwinął pas zagradzający przejście.
-Znowu jest pani spóźniona, panno Bricks.
-Wiem wiem Bryan. Nie musisz mi o tym przypominać. Szef się zamarudzi…
-Cały Mayers. Jego nie zdoła się zmienić. Lepiej się pospiesz, może jeszcze nie zauważył Twojego braku.
-Dzięki za wiarę – odparła, machając strażnikowi na pożegnanie.
Kobieta wcisnęła guzik na ścianie, wzywający windę. Tabliczka na górze wskazywała, że jest ona dopiero na dwudziestym piętrze. Minie więc trochę czasu, zanim dojedzie ona na sam dół. Miała więc trochę czasu na to, co wręcz uwielbiała. Rozpięła torebkę, grzebiąc w niej dosyć głęboko. Po chwili wyciągnęła z samego dna małe pudełeczko. Otwarła je zdecydowanym ruchem ręki. Przejrzała się uważnie w małym lustereczku jakie znajdowało się w środku, poczym wysunęła czubek szminki z mniejszego. Ostentacyjnie poprawiła umalowanie ust, po czym cmoknęła sama do siebie. W lusterku ukazał się rządek białych zębów. Zadowolona z efektu, schowała wszystko z powrotem do torebki.
Drzwi windy otwarły się z lekkim zgrzytnięciem. Kathe weszła do środka i wcisnęła guzik dwudziestego piątego piętra. Nim zdążyła ruszyć, w zamykających się skrzydłach drzwi pojawił się męski, brązowy but. Odruchowo wcisnęła otwieranie drzwi. Gdy tylko nacisk na nogę zelżał, do środka wszedł niski mężczyzna.
-Oh… Dziękuję Ci Juliet.
-Nie ma za co Bart. Również spóźniony? – drzwi zamknęły się zaraz za nim, poczym winda ruszyła powoli w górę.
-Tak, jak widać. I to niesamowite, dzisiaj bardziej niż Ty.
-Rzeczywiście, niesamowite… - odrzekła z nutą ironii w głosie. – Masz ze sobą projekt?
-Pewnie. Co jak co, ale na mojej pamięci możesz polegać.
-Ile mamy na dzisiaj?
-Nie jestem jeszcze pewien. Na pewno musimy przejrzeć oferty które nam podrzucił Mayers. Liczę na to, że będzie ich około dziesięciu, a znając jego, zajmie to nam co najmniej parę godzin. Poza tym mamy jeszcze te dwie, których nie ruszyliśmy wczoraj.
-Cholera. Zapomniałam o nich zupełnie. A liczyłam że dzisiaj uda mi się szybciej wyjść…
-Możliwe, że jutro Ci się uda. Idziemy w końcu w teren oglądać wszystko na żywo.
-Pamiętam. Tylko że jeśli znowu będzie taka pogoda jak wczoraj, to możemy na spokojnie oglądać baseny. I z dna i z powietrza. Nie będzie żadnej różnicy w wilgotności.
-Zapewne nie…
Dzwonek brzdąknął w momencie zatrzymania się windy. Drzwi rozsunęły się powoli. Bart delikatnie pokazał Kathe, żeby szła pierwsza. Podziękowała skinieniem głowy, po czym weszła do biura. Od razu zauważyła, że coś jest nie tak. Wszędzie było cicho, nie słychać było nawet normalnego szumu przewracanych kartek ani stukotu klawiszy. Jej partner również to zauważył. Zdziwieni poszli w kierunku swojego boksu. Na ich blatach leżały dwie gazety. Pierwsze co się rzuciło w oczy, to artykuł o nocnych morderstwie.
-No to po prezesie… - rzucił ponuro Bart.
-Niestety. Popatrz tylko niżej.
Juliet wskazała palcem na ręczny dopisek pod artykułem.
„Ostatnie piętro. Jak najszybciej.
John Mayers.”

-I to by było na tyle, jeśli chodzi o ciche wejście…
-Chcąc nie chcąc musimy tam jednak iść. Zostawmy te gazety tutaj i lepiej zgłośmy się tam jak najszybciej. – odparł ponaglając kobietę.
-Dobrze, już dobrze. Idę przecież, eh…

Tom obserwował siedzącego w głębokim fotelu mężczyznę. Siwowłosy już człowiek, szczupły ponad miarę. Zmęczoną twarz przecinały dziesiątki zmarszczek. Jednak pierwsze co się rzucało w oczy, to blizna. Trzy równolegle biegnące szramy, od czoła, przez nos i usta, aż do krańca szczęki. Kościste ręce leżały swobodnie na oparciach. Cały mężczyzna wydawał się również niesamowicie luźny. Czuł się niemalże jak u siebie. Cage natomiast, pomimo tego, że byli w jego własnym mieszkaniu, musiał stać przed nim. Po chwili wzajemnego patrzenia sobie w oczy, starszy człowiek odezwał się powoli, dobierając starannie wszelkie słowa.
-Powiedz mi Tom, dlaczego wczoraj znowu się nie zjawiłeś na naszym comiesięcznym spotkaniu. Wiesz przecież doskonale, że są one niesamowicie ważne dla nas wszystkich.
-Wiem, Zygfrydzie. Wolałem jednak tą noc spędzić samemu. Miałem sporo do zrobienia.
-Co było aż tak ważnego, żeby odciągnąć Twoją uwagę od zebrania? – spytał podejrzliwie.
-Dla Ciebie może się to wydać śmieszne lub wręcz zabawne, ale młody człowiek potrzebuje czasami trochę rozrywki.
-Więc?
-Byłem w barze całą noc. Ze znajomymi z pracy. Jeden z nich został ojcem. Musieliśmy po prostu to opić. Wiesz jak na mnie działają takie sytuacje…
-Pamiętam Twoją historię w pełni, mój chłopcze. Jednak nie możesz tak ryzykować.
-A co miałem takiego do stracenia?
Zygfryd wstał z fotela, spoglądając Tomowi prosto w oczy. Staruszek był dokładnie jego wzrostu, jednak znacznie od niego węższy w barkach.
-Nie muszę Ci chyba przypominać kim jesteś, ani jakie masz prawa i obowiązki, prawda?
-Nie. – odparł szczerze Cage.
-Dobrze. Więc widzę Cię dzisiaj wieczorem, tam gdzie zawsze. Rozumiemy się?
-Tak. Będę tam.
-Cieszy mnie to. A teraz jakbyś mógł. Potwornie mnie suszy, zrób mi jeśli łaska trochę herbaty.
Tom skinął posłusznie głową, po czym udał się do kuchni, aby przygotować napój dla gościa. Ten tymczasem rozglądał się uważnie po mieszkaniu. Niezbyt wielkie, jednak całkiem przytulne. Średniej klasy telewizor, dwa wygodne fotele, rozkładalna kanapa, mały stolik na środku pokoju. Na oknie zaś stało parę kwiatków. Pod ścianą na regale mieściło się kilkadziesiąt książek. Zygfryd podszedł do niego i zaczął przeglądać tytuły. Większość stanowiła fantastyka, było jednak też sporo książek przyrodniczych i typowo medycznych. Mężczyzna wyjął losowo jedną z nich, otwarł w połowie i zaczął czytać. Takim go zastał Tom, gdy wrócił z dwoma szklankami herbaty i kawałkiem ciasta.
-Chłopcze. Jest tylko jedno jedyne lekarstwo. A jego na pewno nie chcesz. – powiedział bezpośrednio Zygfryd, gdy tylko zauważył obecność Cage’a.
-A jeśli jednak chcę?...

Kathe razem ze swoim partnerem przekroczyli próg ostatniego piętra. W momencie spoczął na nich wzrok dziesiątek par czujnych oczu. Bart z tradycyjnym u niego w momencie zmieszania jąkaniem, zaczął witać się ze wszystkimi. Juliet, cała czerwona, jedynie machnęła wszystkim ręką, po czym skierowała swoją uwagę na najbliższego pracownika.
-Co się dzieje? – zapytała.
-Cóż. Zapewne wiesz że prezes nie żyje…
-Wiem. Przejdź do rzeczy.
-Jego żona zdecydowała się z samego rana sprzedać firmę.
-Tak nagle? Przecież takiej decyzji nie można podjąć od ręki! Poza tym – jakie ona ma do tego prawo?
-Po mężu. Od samego początku podobno była współwłaścicielką. Teraz jest już wyłącznym właścicielem. Więc może zrobić co zechce. Przynajmniej tak nam powiedział Mayers.
-Jednak nadal nie rozumiem, czemu ma to służyć. Przecież to zdestabilizuje wszystko. Stracimy klientów. – mruknęła ponuro.
-Wiem o tym doskonale. I tak samo jak Ty, nie wiem o co dokładnie jej chodzi.
-Za to zapewne wiesz po co MY tutaj jesteśmy?
-To akuratnie mogę Ci powiedzieć. Mayers ma nam coś ogłosić.
-Więc gdzie on jest?
Mężczyzna wskazał ręką na przeszklony gabinet. Za szybą widać było przygarbioną postać stojącą nad biurkiem. Od ręki prowadził serpentyną kabel. Widocznie w tym momencie prowadziła ona intensywną rozmowę, gdyż całej sytuacji towarzyszyła jeszcze bogata gestykulacja. Po chwili rozległ się głośny, słyszalny nawet parę metrów dalej trzask rzucanej słuchawki. Wszystkie głowy zwróciły się w kierunku drzwi od gabinetu. Z rękoma w kieszeniach wyszedł z nich John Mayers. Popatrzył chwilę uważnie na wszystkich, poczym sięgnął do kieszeni i wyciągnął paczkę papierosów. Wybrał pierwszego lepszego i zapalił powoli. Na jego młodej jeszcze twarzy zaczął pojawiać się trenowany od lat wyraz swobodnego opanowania. Gdy spalił połowę papierosa, przemówił:
-Jak sami widzicie, mamy obecnie niemały problem. Dzisiejszej nocy nasz prezes został brutalnie zamordowany w mieście. Sprawcy jeszcze nie znaleziono. Przynajmniej nie oficjalnie. Za to mogę Wam w pełni potwierdzić to, że żona Baigun’a zdecydowana jest sprzedać wszystkie swoje udziały w firmie. A wyniku śmierci swojego męża posiada pełne sto procent akcji. Niestety nie udało mi się jej przekonać, jak głupio postępuje. Pomimo tego, że jest obecnie panią prezes, stwierdzam głośno, że jest głupią dziwką. – po pomieszczeniu rozszedł się pomruk, zarówno obruszenia jak i poparcia dla słów John’a. Wszyscy doskonale zdawali sobie sprawę z tego, że zmianie prezesostwa generalnie zawsze towarzyszy zmiana kadry. Spora część z nich była już za stara na szukanie nowej pracy, a jednocześnie za młoda, aby łapać się na normalną emeryturę. Dla nich więc cała sprawa była najgorszą z możliwych. Tymczasem Mayers kontynuował. – Mało kto jest na tyle głupi, aby sprzedawać kurę która znosi złote jajka. Firma bez dobrego zarządu przestaje być efektowna, traci renomę i dobre imię. Jej zarobki spadają coraz niżej, aż upada. Wszystko wskazuje jednak na to, że trafimy źle. W czasie mojej krótkiej rozmowy z prezesową dowiedziałem się, że sporą część udziałów chce kupić rywal Baigun’a. A jak wiemy, jedyne czego zawsze pragnął, był upadek tej firmy.
-Więc co możemy zrobić, szefie? – padło pytanie z tłumu.
-Na to pytanie czekałem od samego początku. – powiedział powoli, spalając resztkę papierosa. Zanim zaczął mówić dalej, ugasił wszystko z pedantyczną dokładnością w popielniczce. – Moim zdaniem powinniśmy wykupić co najmniej pięćdziesiąt jeden procent udziałów.
W momencie na sali wybuchła gwałtowna dyskusja. Jeden przekrzykiwał drugiego, zapanował ogólny chaos. Ponad to wszystko wzbił się jednak jeden głos – Kathe.
-Tylko jak zdobędziemy na to pieniądze?
-Cóż. Tutaj sprawa jest zupełnie innej kwestii. Prognozuję, że cena jednej akcji będzie się wahać w okolicach średniej rynkowej. Po dosyć szybkich i pobieżnych obliczeniach wyszło mi, że bylibyśmy w stanie wykupić wymaganą ilość akcji w momencie, gdybyśmy zredukowali naszą najbliższą wypłatę o połowę.
-Jednak tylko prezes ma na to wpływ, nieprawdaż?
-Nie zrozumiałaś mnie Kathe. Chodzi mi o to, że połowę naszej najbliższej wypłaty jaką otrzymamy, powinniśmy przeznaczyć na zakup.
-A co jeśli się nie uda? – rzucił ktoś zaniepokojonym głosem. – Wtedy te pieniądze przepadną i nie będziemy mieli nic.
-Jak zawsze istnieje ryzyko. Jednak jeśli go nie podejmiemy, nie będziemy mieli nic. Moim zdaniem jest lepiej postawić wszystko na jedną kartę i coś zyskać, niż stracić od razu wszystko bez walki.
Po tych słowach sygnał przy windzie dał o sobie zdać. Drzwi otwarły się z normalnym dla nich skrzypnięciem. W środku stało dwóch policjantów i wysoki mężczyzna ubrany po cywilnemu. Cała trójka popatrzyła uważnie po zebranych. Po chwili jedyny bez munduru przemówił tak, żeby usłyszeli go wszyscy:
-Czy jest tutaj John Mayers?
Zmieszany i nagle pobladły, jeszcze przed chwilą pewien siebie mężczyzna podniósł rękę. Policjanci zauważyli go w momencie i zaczęli przepychać się do niego poprzez tłum. Jeden z nich pokazał wszystkim odznakę, aby formalności stało się zadość. Drugi natomiast wziął Mayers’a pod ramię.
-Ale co ja takiego zrobiłem?...
-Na razie jeszcze nic. To tylko będzie normalna rozmowa, ale musimy ją odbyć na komisariacie.
-Mogę chociaż wiedzieć czy to ma jakiś związek ze mną?...
-Szczerze mówiąc. Nie wiem, nie obchodzi mnie to. – te słowa padły z ust ubranego po cywilnemu mężczyzny. – Obudzili mnie z samego rana i kazali mi pana znaleźć i przyprowadzić na komisariat. Mogę się jedynie domyślać, że ma to związek z morderstwem Waszego prezesa. Ale teraz dosyć tych pogawędek. Panowie, idziemy.
Po tych słowach mężczyzna wycofał się do windy, do której zaraz po nim weszło dwóch policjantów i John. Drzwi zamknęły się, zostawiając wszystkich pracowników jeszcze bardziej zmieszanych niż parę minut temu. W ciągu paru godzin zostali pozbawieni obu szefów. Pierwszy odezwał się Bart.
-To chyba nie pozostaje nam nic innego, jak na razie wrócić do pracy i przemyśleć wszystko na spokojnie, każdy najlepiej…
Towarzyszyła temu ogólna, choć niewyraźna aprobata. Nie minęło nawet pięć minut, kiedy każdy był już pogrążony w swojej pracy i rozmyślaniach.

niedziela, 24 maja 2009

Waldek

Ciemna, grudniowa noc, jak można tego się było spodziewać, nie była najcieplejszą porą doby. Nieliczne postacie czekające na przystanku na spóźniający się jak zwykle tramwaj, próbowały się ogrzać na wszelkie sposoby. Wrocławski Plac Grunwaldzki wypełniały więc szybko zamarzające obłoczki pary, unoszące się z ludzkich ust. To miasto nigdy nie spało, zawsze tętniło życiem. Ilość samochodów malała nieznacznie, jednak nadal na ulicach panował spory ruch. Waldek, jeden z ludzi żyjących bez samochodu, musiał jednak czekać na MPK. Wracając późną porą z pracy, nie był zbytnio ożywiony, także nie zainteresował go zbytnio przejeżdżający obok samochód, z którego leciało głośno puszczane techo.
"Heh. Gdyby nie szyby, byłby głośniejszy od startującego Jumbo-Jeta...", pomyślał Waldek.
W końcu jednak rozległ się łoskot nadjeżdżającego powoli tramwaju. Oślepiający blask świateł aż do ostatniej chwili uniemożliwiał odczytanie numeru.
"Kurwa... Nie ten. Niech go szlag."
Większość ludzi z przystanku, z westchnieniem ulgi powitała 'ciepłe' wnętrze pojazdu. Po chwili drzwi zamknęły się z ogłuszającym trzaskiem, tak typowym dla tych złomów. Na przystanku został już tylko Waldek i grupka dresów.

Waldemar Borski był niczym nie wyróżniającym się człowiekiem. Były student Uniwersytetu, pracował teraz w Pasażu Grunwaldzkim jako ochroniarz. Nie posiadał jednak wykształcenia żadnego. Będąc jeszcze na drugim roku, wypadki losowe uniemożliwiły mu dalsze studiowanie. Tragiczna śmierć obojga rodziców, zmusiła go do nagłego podjęcia pracy i utrzymywania siebie samego. Kolidowało to jednak z nauką, przez co Waldek utracił stypendium, po czym nie zdał żadnego z sześciu egzaminów. Od rozpaczy odwiodła go jedynie jego dziewczyna, Gosia. Gdyby nie ona, Waldek raczej na pewno popadłby w apatię i już dawno się poddał. Byli ze sobą już ładnych parę lat, znali się jeszcze z czasów liceum. Ona była obecnie na czwartym roku medycyny, planowała być pediatrą. Opłacalna w obecnych czasach praca. Znacznie bardziej niż ciężka harówka na stanowisku ochroniarza. Zagranica kusiła chłopaka mocno, nie chciał jednakże zostawiać swojej kobiety samej. Nie w tym kraju. Jego wszystkie marzenia się na razie nie sprawdzały, poza właśnie nią. Szczęśliwie zakochany, oszczędzał przez ostatni rok, na najpiękniejszy jego zdaniem pierścionek u jubilera. Teraz małe pudełeczko z nim trzymał mocno w kieszeni.

-Za miesiąc w końcu dzień moich oświadczyn... Potem rok, i wyjeżdżamy za granicę.
-Jesteś pewien, że tego właśnie chcesz, Waldek?
-Tak. Tylko ona mi teraz pozostała. Bez niej żyć nie chcę...
-Uważaj przyjacielu, coś mi się w niej nie podoba.
-Zachowaj swoje zdanie dla siebie Piotrek. Nie potrzebuję Twojej opinii na temat mojego życia.
-Rób jak chcesz. To nie ja będę cierpiał.


Teraz z rozrzewnieniem wspominał tamtą rozmowę. W tym momencie stracił swojego długoletniego przyjaciela. Od tamtego momentu żaden z nich się nie odezwał do siebie. Jakby nigdy nie istnieli.

Ciszę na przystanku przerywały tylko głośne klątwy i przechwałki dresów. Pomimo lodowatej temperatury, żaden z nich nie miał na sobie kurtki, a ławka na której siedzieli, musiała być potwornie zimna.

"Typowe, kurwa, dresy. Gdybym tylko..."
Myśli Waldka zostały nagle ucięte przez pierwsze nuty IX Symfonii Beethoven'a. Szamocząc się chwilę z kurtką, wydobył wreszcie komórkę. Na wyświetlaczu migało zdjęcie jego Gosi, a zegar pokazywał godzinę 2 z minutami w nocy.

-Tak, Kochanie?
W słuchawce jednak dało się słyszeć tylko jęki i ciche popiskiwanie. Jednocześnie coś głośno szumiało w mikrofonie po drugiej stronie.
-Gosia, Słoneczko? Słyszysz mnie?
Teraz wyraźnie usłyszał sapanie jakiegoś mężczyzny i pomruki zadowolenia jego dziewczyny.
-Waldek? Wiesz co Kochanie?... Muszę ci coś w końcu powiedzieć. - Gosia w końcu się odezwała.
-Tak?...
-Spierdalaj chuju! Nie chcę cię nigdy więcej w życiu widzieć debilu!
Połączenie zostało nagle przerwane. Waldek stał oniemiały na przystanku, ciągle trzymając komórkę przy uchu. Całe jego życie legło teraz w gruzach. Jego dziewczyna go zdradzała. A raczej mówiąc ściślej, jego obecnie już była dziewczyna. Wszystko, dla czego żył, przestało mieć znaczenie. Był znowu sam jak palec.
"Więc to wszystko to była tylko gra?... Dlaczego?... Co robiłem nie tak? Byłem tylko dla niej..."
Waldek wymacał pudełko z pierścionkiem w kieszeni. W przypływie gniewu zgniótł je mocno. Nie przypominało już tego ładnego opakowania, które wybierał równie starannie co ten kawałek biżuterii.
"I na chuj to wszystko?!"
Poczuł na ramieniu czyjąś rękę. Obrócił się powoli z gniewem w oczach, stając twarzą w twarz z paroma dresami, tymi, którzy wcześniej okupowali ławkę.
-Dawaj telefon, chuju.
"Telefon?..." Waldek uświadomił sobie, że ciągle trzyma w ręce komórkę.
-Słyszysz co do ciebie mówię, głąbie?!
-Nie dam wam telefonu...
Chwilę później z jego złamanego nosa tryskała krew, zalewając kurtkę.
-Oddawaj po dobroci, albo przypierdolę ci tak, że się kurwa nigdy nie wyliszajesz...
-Mówi się wyliżesz, szmato...
Następne uderzenie spadło na niego jeszcze szybciej. Chłopak nie zdążył się nawet zasłonić. Pięść dresa uderzyła go znowu w twarz, miażdżąc wargi i wybijając dwa przednie zęby.
-Kułtfa!
Jeden z rabusiów podszedł do Waldka od tyłu, łapiąc go za przeguby, wyginając mu mocno ręce do tyłu. Chłopak syknął z zadanego mu znowu bólu.
-No cwaniaczku, teraz się porachujemy. Kto tu jest szmatą?!
-Tfy...
Kolejne uderzenie, kolejny ząb, który wypadł z rozwartych ust. Następny cios trafił go w brzuch, wypierając powietrze z płuc, zalewając je w zamian krwią z ust i nosa. Krztusząc się i próbując złapać oddech, poczuł, że jego ręka wygina się jeszcze bardziej, aż w końcu przejmujący ból w barku dał znać o tym, że pękła torebka stawowa. Uderzenie w skroń pozbawiło go w końcu przytomności...

Stukot kół na szynach znacznie wcześniej oznajmił o przyjeździe tramwaju. Motorniczy zatrzymał pojazd raptownie, dzwoniąc dzwonkiem na leżącą na torach postać.
-Ruszaj się stamtąd pijaku!
Mężczyzna jednak się nie ruszał. Chcąc nie chcąc, motorniczy musiał wysiąść i podejść do człowieka.
-Nie dość kurwa, że jestem spóźniony i chcę do domu, to jeszcze muszę się pijakami zajmować.
Położył leżącej postaci rękę na ramieniu, potrząsając nią.
-Wstawaj! Tam masz ławkę! Ruszaj się!
Nic to jednak nie dawało. Motorniczy podniósł rękę i zobaczył w świetle tramwajowych lamp, że jest ona cała we krwi. Gniew na jego twarzy ustąpił miejsca przerażeniu.
-O kurwa...
Wskoczył szybko do kabiny i złapał za radio.
-Centrala! Tu Borewski, wezwijcie pogotowie na Plac Grunwaldzki, na szynach leży ranny mężczyzna, krwawi. Tylko szybko!
-Przyjęłam.

2 miesiące później...

Waldek w końcu mógł opuścić szpital. Połamane żebra zrosły się dobrze, wargi nadal były opuchnięte, pod okiem zaś widać było jeszcze ślady zgniłej plamy. Prawie bezzębna szczęka ciągle lekko się poruszała przy każdym kroku. Mocno naciągnięta czapka zakrywała blizny na czaszce. Jego prawa ręka jednak ciągle spoczywała na temblaku. Według opinii ortopedy, mało prawdopodobne, aby kiedykolwiek odzyskała ona chociaż połowę sprawności przy poruszaniu. Rehabilitacja dawała jednak dużą szansę na zregenerowanie sporej części siły chwytu. Najgorszy był jednak fakt, że jego L4 kończyło się za miesiąc, a po tym nie mógł już wrócić do pracy. Nie nadawał się na ochroniarza w takim stanie. Więc nie ma również i pracy. Przez cały czas pobytu w szpitalu, nie miał żadnych odwiedzin. Teraz kierował się na komisariat. Policjant w szpitalu nie był w stanie udzielić odpowiedzi na jego pytania. Skierował go natomiast na posterunek.

-Ah, to pan, panie Borski.
-Miło mi proszfe pfana.
-Niech pan siada. Muszę z panem porozmawiać.
-Dziękfuje.
Waldek zajął przeznaczone mu krzesło. Jego rozmówca sięgnął do szafki stojącej obok i wyjął cienką teczkę.
-Otóż złożył pan relację, że napadło pana paru dresów. Pobili pana i zabrali panu komórkę, portfel z dokumentami oraz pierścionek zaręczynowy. Zgadza się?
-Tak.
-Nie pamięta pan jednak twarzy przestępców?
-Nie, było ciemnfo i nie zauwaszyłem niszego szczególnego.
-Wie pan, że w takiej sytuacji niemalże niemożliwe jest znalezienie sprawców?
-Ale...
-Sprawa została wczoraj umożona ze względu na przedawnienie i brak znalezienia sprawców.
-Ale...
-Dziękuję panu, może pan już odejść. Dowidzenia.
Waldek wstał bez żadnego pożegnania. Teraz już nawet nie miał za co żyć. Pieniędzy na koncie było mało, rehabilitacja droga, a on nie miał dokumentów.

Klucz w zamku przekręcił się opornie. Waldek sięgnął zdrową ręką do włącznika światła. Nacisnął przycisk. Nie było żadnej reakcji.
"Przeklęta żarówka..."
Przeszedł po ciemku do pokoju. Wymacał na ścianie przycisk. Ponownie żadnej reakcji.
-PIERDOLONA ELEKTROWNIA! KURWA!
Nie miał już nawet prądu. Całe jedzenie w lodówce było już też popsute. Jedyne co jeszcze dopływało do domu, to woda. Przemył twarz. Chociaż tyle mógł zrobić, aby nie popaść w odrętwienie.
-I na co mam żyć?... Na chuj to wszystko?

Mocne pukanie do drzwi wyrwało go z płytkiego snu. Myślał przez chwilę, że to złudzenie. Pukanie jednak się powtórzyło. Wstał z trudem i powlókł się do drzwi. Otworzył je powoli. Za nimi stała Gosia.
-Waldek...
Nałożony na szybko makijaż nie zakrywał całkowicie podkrążonych oczu. Pogryzione wargi były pokryte delikatnymi strupkami, zaś na szyi widać było czerwone pręgi.
-Mogę wejść?
Chłopak skinął jakby od niechcenia głową, wpuszczając dziewczynę do środka. Gdy tylko przeszli do jedynego pokoju, ta natychmiast rzuciła mu się na szyję.
-Walduś... Ja już dłużej tak niemogę. To było złe co ci zrobiłam... Przepraszam...
Nie mógł się zebrać, aby jej odpowiedzieć. Ona zaś uznała tą ciszę za zgodę.
-Wynagrodzę ci to...
Odeszła kawałek do łóżka, zrzucając po drodze sweter i koszulkę. Była już tylko w spodniach i cienkim staniku. Odwróciła głowę uśmiechając się kusząco. Waldek zrobił krok naprzód. Gosia położyła się szybko na łóżku. Chłopak sięgnął po leżącą u jego stóp małą poduszkę. Dziewczyna zaśmiała się. Wiedziała jakie lubił zabawy. Chłopak usiadł obok niej na posłaniu. Objęła go delikatnie rękoma, przyciągając do siebie.

Parę minut później, Waldek bez serca przeszukiwał jej torebkę, spoglądając ukradkiem na wciąż leżące na łóżku ciało dziewczyny, uduszonej bez skrupółów poduszką.
-Byłem dla ciebie za dobry... To był twój wybór Małgorzato...
W końcu znalazł portmonetkę. Gdy ją otworzył, wyleciał z niej kawałek papieru. Świadectwo wizyty u ginekologa i poświadczenie 3 miesiąca ciąży. Pod spodem znajodwało się wypisane jej ręką jego imię i nazwisko. Na drugiej stronie był jeszcze jeden dopisek.
-Ojciec?...
Chłopak spojrzał ukradkiem na leżące ciało.
-Zabiłem jeszcze własne dziecko. Zabiłem...

Na stole przed nim leżał nóż i pistolet na gwoździe. Wiedział, że wystarczy lekko nacisnąć przycisk.

Końcówka gwoździa wystawała z jego czaszki. Razem z krwią z ziejącego otworu, wypływały powoli kawałki poszarpanego metalem mózgu. W takim też stanie znalazł go właściel mieszkania, który chciał odebrać opłatę za pokój, zaległą od trzech miesięcy. Ani Gosi, ani Waldka ocalić się już w żaden sposób nie dało.

Tydzień później, nad zasypywanym grobem stał samotnie Piotrek.
-Ostrzegałem cię, przyjacielu. Żyłeś jednak swoim życiem, i je przeżyłeś. Niech ci się wiedzie po drugiej stronie, w którą nigdy nie wierzyłeś. Żegnaj...