niedziela, 24 maja 2009

Waldek

Ciemna, grudniowa noc, jak można tego się było spodziewać, nie była najcieplejszą porą doby. Nieliczne postacie czekające na przystanku na spóźniający się jak zwykle tramwaj, próbowały się ogrzać na wszelkie sposoby. Wrocławski Plac Grunwaldzki wypełniały więc szybko zamarzające obłoczki pary, unoszące się z ludzkich ust. To miasto nigdy nie spało, zawsze tętniło życiem. Ilość samochodów malała nieznacznie, jednak nadal na ulicach panował spory ruch. Waldek, jeden z ludzi żyjących bez samochodu, musiał jednak czekać na MPK. Wracając późną porą z pracy, nie był zbytnio ożywiony, także nie zainteresował go zbytnio przejeżdżający obok samochód, z którego leciało głośno puszczane techo.
"Heh. Gdyby nie szyby, byłby głośniejszy od startującego Jumbo-Jeta...", pomyślał Waldek.
W końcu jednak rozległ się łoskot nadjeżdżającego powoli tramwaju. Oślepiający blask świateł aż do ostatniej chwili uniemożliwiał odczytanie numeru.
"Kurwa... Nie ten. Niech go szlag."
Większość ludzi z przystanku, z westchnieniem ulgi powitała 'ciepłe' wnętrze pojazdu. Po chwili drzwi zamknęły się z ogłuszającym trzaskiem, tak typowym dla tych złomów. Na przystanku został już tylko Waldek i grupka dresów.

Waldemar Borski był niczym nie wyróżniającym się człowiekiem. Były student Uniwersytetu, pracował teraz w Pasażu Grunwaldzkim jako ochroniarz. Nie posiadał jednak wykształcenia żadnego. Będąc jeszcze na drugim roku, wypadki losowe uniemożliwiły mu dalsze studiowanie. Tragiczna śmierć obojga rodziców, zmusiła go do nagłego podjęcia pracy i utrzymywania siebie samego. Kolidowało to jednak z nauką, przez co Waldek utracił stypendium, po czym nie zdał żadnego z sześciu egzaminów. Od rozpaczy odwiodła go jedynie jego dziewczyna, Gosia. Gdyby nie ona, Waldek raczej na pewno popadłby w apatię i już dawno się poddał. Byli ze sobą już ładnych parę lat, znali się jeszcze z czasów liceum. Ona była obecnie na czwartym roku medycyny, planowała być pediatrą. Opłacalna w obecnych czasach praca. Znacznie bardziej niż ciężka harówka na stanowisku ochroniarza. Zagranica kusiła chłopaka mocno, nie chciał jednakże zostawiać swojej kobiety samej. Nie w tym kraju. Jego wszystkie marzenia się na razie nie sprawdzały, poza właśnie nią. Szczęśliwie zakochany, oszczędzał przez ostatni rok, na najpiękniejszy jego zdaniem pierścionek u jubilera. Teraz małe pudełeczko z nim trzymał mocno w kieszeni.

-Za miesiąc w końcu dzień moich oświadczyn... Potem rok, i wyjeżdżamy za granicę.
-Jesteś pewien, że tego właśnie chcesz, Waldek?
-Tak. Tylko ona mi teraz pozostała. Bez niej żyć nie chcę...
-Uważaj przyjacielu, coś mi się w niej nie podoba.
-Zachowaj swoje zdanie dla siebie Piotrek. Nie potrzebuję Twojej opinii na temat mojego życia.
-Rób jak chcesz. To nie ja będę cierpiał.


Teraz z rozrzewnieniem wspominał tamtą rozmowę. W tym momencie stracił swojego długoletniego przyjaciela. Od tamtego momentu żaden z nich się nie odezwał do siebie. Jakby nigdy nie istnieli.

Ciszę na przystanku przerywały tylko głośne klątwy i przechwałki dresów. Pomimo lodowatej temperatury, żaden z nich nie miał na sobie kurtki, a ławka na której siedzieli, musiała być potwornie zimna.

"Typowe, kurwa, dresy. Gdybym tylko..."
Myśli Waldka zostały nagle ucięte przez pierwsze nuty IX Symfonii Beethoven'a. Szamocząc się chwilę z kurtką, wydobył wreszcie komórkę. Na wyświetlaczu migało zdjęcie jego Gosi, a zegar pokazywał godzinę 2 z minutami w nocy.

-Tak, Kochanie?
W słuchawce jednak dało się słyszeć tylko jęki i ciche popiskiwanie. Jednocześnie coś głośno szumiało w mikrofonie po drugiej stronie.
-Gosia, Słoneczko? Słyszysz mnie?
Teraz wyraźnie usłyszał sapanie jakiegoś mężczyzny i pomruki zadowolenia jego dziewczyny.
-Waldek? Wiesz co Kochanie?... Muszę ci coś w końcu powiedzieć. - Gosia w końcu się odezwała.
-Tak?...
-Spierdalaj chuju! Nie chcę cię nigdy więcej w życiu widzieć debilu!
Połączenie zostało nagle przerwane. Waldek stał oniemiały na przystanku, ciągle trzymając komórkę przy uchu. Całe jego życie legło teraz w gruzach. Jego dziewczyna go zdradzała. A raczej mówiąc ściślej, jego obecnie już była dziewczyna. Wszystko, dla czego żył, przestało mieć znaczenie. Był znowu sam jak palec.
"Więc to wszystko to była tylko gra?... Dlaczego?... Co robiłem nie tak? Byłem tylko dla niej..."
Waldek wymacał pudełko z pierścionkiem w kieszeni. W przypływie gniewu zgniótł je mocno. Nie przypominało już tego ładnego opakowania, które wybierał równie starannie co ten kawałek biżuterii.
"I na chuj to wszystko?!"
Poczuł na ramieniu czyjąś rękę. Obrócił się powoli z gniewem w oczach, stając twarzą w twarz z paroma dresami, tymi, którzy wcześniej okupowali ławkę.
-Dawaj telefon, chuju.
"Telefon?..." Waldek uświadomił sobie, że ciągle trzyma w ręce komórkę.
-Słyszysz co do ciebie mówię, głąbie?!
-Nie dam wam telefonu...
Chwilę później z jego złamanego nosa tryskała krew, zalewając kurtkę.
-Oddawaj po dobroci, albo przypierdolę ci tak, że się kurwa nigdy nie wyliszajesz...
-Mówi się wyliżesz, szmato...
Następne uderzenie spadło na niego jeszcze szybciej. Chłopak nie zdążył się nawet zasłonić. Pięść dresa uderzyła go znowu w twarz, miażdżąc wargi i wybijając dwa przednie zęby.
-Kułtfa!
Jeden z rabusiów podszedł do Waldka od tyłu, łapiąc go za przeguby, wyginając mu mocno ręce do tyłu. Chłopak syknął z zadanego mu znowu bólu.
-No cwaniaczku, teraz się porachujemy. Kto tu jest szmatą?!
-Tfy...
Kolejne uderzenie, kolejny ząb, który wypadł z rozwartych ust. Następny cios trafił go w brzuch, wypierając powietrze z płuc, zalewając je w zamian krwią z ust i nosa. Krztusząc się i próbując złapać oddech, poczuł, że jego ręka wygina się jeszcze bardziej, aż w końcu przejmujący ból w barku dał znać o tym, że pękła torebka stawowa. Uderzenie w skroń pozbawiło go w końcu przytomności...

Stukot kół na szynach znacznie wcześniej oznajmił o przyjeździe tramwaju. Motorniczy zatrzymał pojazd raptownie, dzwoniąc dzwonkiem na leżącą na torach postać.
-Ruszaj się stamtąd pijaku!
Mężczyzna jednak się nie ruszał. Chcąc nie chcąc, motorniczy musiał wysiąść i podejść do człowieka.
-Nie dość kurwa, że jestem spóźniony i chcę do domu, to jeszcze muszę się pijakami zajmować.
Położył leżącej postaci rękę na ramieniu, potrząsając nią.
-Wstawaj! Tam masz ławkę! Ruszaj się!
Nic to jednak nie dawało. Motorniczy podniósł rękę i zobaczył w świetle tramwajowych lamp, że jest ona cała we krwi. Gniew na jego twarzy ustąpił miejsca przerażeniu.
-O kurwa...
Wskoczył szybko do kabiny i złapał za radio.
-Centrala! Tu Borewski, wezwijcie pogotowie na Plac Grunwaldzki, na szynach leży ranny mężczyzna, krwawi. Tylko szybko!
-Przyjęłam.

2 miesiące później...

Waldek w końcu mógł opuścić szpital. Połamane żebra zrosły się dobrze, wargi nadal były opuchnięte, pod okiem zaś widać było jeszcze ślady zgniłej plamy. Prawie bezzębna szczęka ciągle lekko się poruszała przy każdym kroku. Mocno naciągnięta czapka zakrywała blizny na czaszce. Jego prawa ręka jednak ciągle spoczywała na temblaku. Według opinii ortopedy, mało prawdopodobne, aby kiedykolwiek odzyskała ona chociaż połowę sprawności przy poruszaniu. Rehabilitacja dawała jednak dużą szansę na zregenerowanie sporej części siły chwytu. Najgorszy był jednak fakt, że jego L4 kończyło się za miesiąc, a po tym nie mógł już wrócić do pracy. Nie nadawał się na ochroniarza w takim stanie. Więc nie ma również i pracy. Przez cały czas pobytu w szpitalu, nie miał żadnych odwiedzin. Teraz kierował się na komisariat. Policjant w szpitalu nie był w stanie udzielić odpowiedzi na jego pytania. Skierował go natomiast na posterunek.

-Ah, to pan, panie Borski.
-Miło mi proszfe pfana.
-Niech pan siada. Muszę z panem porozmawiać.
-Dziękfuje.
Waldek zajął przeznaczone mu krzesło. Jego rozmówca sięgnął do szafki stojącej obok i wyjął cienką teczkę.
-Otóż złożył pan relację, że napadło pana paru dresów. Pobili pana i zabrali panu komórkę, portfel z dokumentami oraz pierścionek zaręczynowy. Zgadza się?
-Tak.
-Nie pamięta pan jednak twarzy przestępców?
-Nie, było ciemnfo i nie zauwaszyłem niszego szczególnego.
-Wie pan, że w takiej sytuacji niemalże niemożliwe jest znalezienie sprawców?
-Ale...
-Sprawa została wczoraj umożona ze względu na przedawnienie i brak znalezienia sprawców.
-Ale...
-Dziękuję panu, może pan już odejść. Dowidzenia.
Waldek wstał bez żadnego pożegnania. Teraz już nawet nie miał za co żyć. Pieniędzy na koncie było mało, rehabilitacja droga, a on nie miał dokumentów.

Klucz w zamku przekręcił się opornie. Waldek sięgnął zdrową ręką do włącznika światła. Nacisnął przycisk. Nie było żadnej reakcji.
"Przeklęta żarówka..."
Przeszedł po ciemku do pokoju. Wymacał na ścianie przycisk. Ponownie żadnej reakcji.
-PIERDOLONA ELEKTROWNIA! KURWA!
Nie miał już nawet prądu. Całe jedzenie w lodówce było już też popsute. Jedyne co jeszcze dopływało do domu, to woda. Przemył twarz. Chociaż tyle mógł zrobić, aby nie popaść w odrętwienie.
-I na co mam żyć?... Na chuj to wszystko?

Mocne pukanie do drzwi wyrwało go z płytkiego snu. Myślał przez chwilę, że to złudzenie. Pukanie jednak się powtórzyło. Wstał z trudem i powlókł się do drzwi. Otworzył je powoli. Za nimi stała Gosia.
-Waldek...
Nałożony na szybko makijaż nie zakrywał całkowicie podkrążonych oczu. Pogryzione wargi były pokryte delikatnymi strupkami, zaś na szyi widać było czerwone pręgi.
-Mogę wejść?
Chłopak skinął jakby od niechcenia głową, wpuszczając dziewczynę do środka. Gdy tylko przeszli do jedynego pokoju, ta natychmiast rzuciła mu się na szyję.
-Walduś... Ja już dłużej tak niemogę. To było złe co ci zrobiłam... Przepraszam...
Nie mógł się zebrać, aby jej odpowiedzieć. Ona zaś uznała tą ciszę za zgodę.
-Wynagrodzę ci to...
Odeszła kawałek do łóżka, zrzucając po drodze sweter i koszulkę. Była już tylko w spodniach i cienkim staniku. Odwróciła głowę uśmiechając się kusząco. Waldek zrobił krok naprzód. Gosia położyła się szybko na łóżku. Chłopak sięgnął po leżącą u jego stóp małą poduszkę. Dziewczyna zaśmiała się. Wiedziała jakie lubił zabawy. Chłopak usiadł obok niej na posłaniu. Objęła go delikatnie rękoma, przyciągając do siebie.

Parę minut później, Waldek bez serca przeszukiwał jej torebkę, spoglądając ukradkiem na wciąż leżące na łóżku ciało dziewczyny, uduszonej bez skrupółów poduszką.
-Byłem dla ciebie za dobry... To był twój wybór Małgorzato...
W końcu znalazł portmonetkę. Gdy ją otworzył, wyleciał z niej kawałek papieru. Świadectwo wizyty u ginekologa i poświadczenie 3 miesiąca ciąży. Pod spodem znajodwało się wypisane jej ręką jego imię i nazwisko. Na drugiej stronie był jeszcze jeden dopisek.
-Ojciec?...
Chłopak spojrzał ukradkiem na leżące ciało.
-Zabiłem jeszcze własne dziecko. Zabiłem...

Na stole przed nim leżał nóż i pistolet na gwoździe. Wiedział, że wystarczy lekko nacisnąć przycisk.

Końcówka gwoździa wystawała z jego czaszki. Razem z krwią z ziejącego otworu, wypływały powoli kawałki poszarpanego metalem mózgu. W takim też stanie znalazł go właściel mieszkania, który chciał odebrać opłatę za pokój, zaległą od trzech miesięcy. Ani Gosi, ani Waldka ocalić się już w żaden sposób nie dało.

Tydzień później, nad zasypywanym grobem stał samotnie Piotrek.
-Ostrzegałem cię, przyjacielu. Żyłeś jednak swoim życiem, i je przeżyłeś. Niech ci się wiedzie po drugiej stronie, w którą nigdy nie wierzyłeś. Żegnaj...

1 komentarz:

  1. Czytuję, czytuję te Twoje "wypociny". Ciekawe. Pozdrawiam! ;)

    OdpowiedzUsuń